W krainie nenufarów czyli można inaczej?

O zaletach aktywnego spędzania wolnego czasu w miniony weekend mieli okazję przekonać się uczniowie Zespołu Szkół we Wroniu, którzy wzięli udział w spływie kajakowym Kanałem Elbląskim. Ta trzydniowa przygoda rozpoczęła się o poranku 18 czerwca 2010 roku od godzinnego spóźnienia autokaru, który miał nas dowieźć do miejsca rozpoczęcia spływu. O jedenastej stawiliśmy się na miejscu zbiórki, gdzie po  zaopatrzeniu w wodę mineralną, kanapki, kamizelki ratunkowe i wiosła wodowaliśmy kajaki. Dla większości było to pierwsze zetknięcie z kajakarstwem. Po krótkich instruktarzach komandora spływu i ratowników ruszyliśmy pełni nadziei.

W spływie oprócz naszej dwudziestoosobowej grupy uczestniczyło jeszcze około sześćdziesiąt osób, gdyż była to impreza zorganizowana przez Lokalna Grupę Działania  z okazji 150-lecia Kanału Elbląskiego. Spływ, oprócz dwóch instruktorów kajakarstwa, zabezpieczało czterech  ratowników i lekarz, transportem bagaży i cateringiem zajmowały się profesjonalne firmy, więc czuliśmy się bezpiecznie.

 

 

Po kilku kilometrach walki z wiosłami większość opanowała na tyle sztukę wiosłowania, że oprócz brzegów kanału, o które się obijała,  mogła podziwiać również uroki przyrody. A było co oglądać. Piękne jezioro Drużno do którego wpłynęliśmy zachwycało milionami kwitnących nenufarów. Dziewczynom na myśl  przychodziła scena z „Nocy i dni”, a chłopaków uratowało tylko to, że byliśmy w rezerwacie przyrody. Przecudna, wręcz idealna na taki „wypoczynek” pogoda sprzyjała nam przez cały czas. 18-to stopniowy „upał” byłby dramatem podczas wypadu nad morze, czy jezioro, ale dla nas było to najlepsze, co mogło nas od strony aury spotkać. Chociaż, jak się okazało pod koniec dnia, słońce, które tak nas cieszyło rankiem, pozostawiło po sobie liczne czerwone ślady. Wraz ze wzrostem pokonanych kilometrów wprost proporcjonalnie wzrastało zmęczenie – ręce nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku zaczynały odmawiać posłuszeństwa, skóra piekła niemiłosiernie…pękały pierwsze pęcherze na dłoniach.

 

 

Płynęliśmy na południe, a więc w kierunku, skąd wiał słaby, ale jednostajny wiatr, który sprawiał wrażenie płynięcia pod prąd rzeki. Jakby tego było mało, pierwszą pochylnię, którą mieliśmy wjechać, forsowaliśmy nogami wciągając kajaki, ponieważ śluzowy najzwyczajniej w świecie stwierdził, że nas nie wciągnie, gdyż właśnie skończył pracę!  Trudno opisać co czuliśmy po dwudziestu paru kilometrach wiosłowania w skwarze przenosząc kajaki około stu metrów w górę. I dlaczego były one cięższe niż rano?

 

Na końcu trasy czekał już na nas catering, który odrobinę poprawił samopoczucie uczestnikom. Około dwudziestej znaleźliśmy się na nowoczesnym, stworzonym za ponad milion złotych polu biwakowym, na którym brakowało jedynie jacuzzi. Właściwie to nie było na nim również sauny. Ale poza tym i poza prysznicami, ciepłą wodą, toaletami, prądem, wodą zdatną do picia było wszystko  - dużo miejsca do rozbicia namiotów. Lecz cóż nam więcej było potrzeba?  Rozbiliśmy namioty, zjedliśmy kolację i po krótkim spotkaniu z opiekunami, którzy próbowali poprawić wisielczy humor kilogramem krówek zasnęliśmy snem sprawiedliwego.

 

 

Pobudka była wcześniejsza niż planowaliśmy – lało!!! Większość miała wszystko mokre, jedyne suche rzeczy, chociaż i te nie do końca, mieliśmy na sobie. To nie poprawiło nastroju. Nawet ci, którzy poprzedniego wieczoru deklarowali, że popłyną cały drugi etap, powyciągali mapki szukając ratunku w pieszym przemarszu. Ale mając świadomość, że nawet zły los w końcu się zmęczy, wszyscy zgodnie przystali na to, że 9 kilometrów damy radę przepłynąć, a w zamian resztę trasy pokonamy busem.

 

Według prognoz padać miało do południa, jednak już o 8 wyszło słońce i powróciły uśmiechy. Zjedliśmy śniadanie i z pewnymi oporami wszyscy zwodowaliśmy kajaki.

Początkowe kilometry drugiego etapu były koszmarem. Ból mięśni i niemal pękająca od spalenia skóra nie sprzyjały wysiłkowi. Jednak z kilometra na kilometr wiosłowanie stawało się coraz łatwiejsze, a bezwietrzna, piękna pogoda wspaniale pasowała do uroków tamtejszej przyrody. Pojawiła się nawet wiara w możliwość przepłynięcia całego, 26-kilometrowego etapu, z czego skorzystała prawie połowa naszej grupy. Reszta dotarła do drugiego obozu zamówionym busem. Jak przyznali się wieczorem powodem rezygnacji był strach a nie zmęczenie.

 

Dzień trzeci był dla opiekunów szokiem. Zamiast spodziewanego kolejnego buntu było... nic. Wszyscy rano z uśmiechem wzięli sprzęt, prowiant na drogę i ochoczo ruszyli do kolejnego etapu. Nagrodą była niezmiennie idealna pogoda oraz najpiękniejsze na całym spływie widoki. Trasa, choć etap ten był najkrótszy, zdążyła ukazać urok kanału, a jej krętość i obecność po drodze kilku jezior sprawiały wrażenie szybszego niż dotąd pokonywania dystansu.

 

W miarę zbliżania się do mety etapu, a więc i do finału spływu, świadomość końca tej wyprawy zwiększała smutek, że oto kończy się coś, co długo będziemy pamiętać.

W Miłomłynie zobaczyliśmy jak funkcjonuje śluza, a więc w jaki sposób z jednego jeziora można przepłynąć do drugiego pomimo, że poziom lustra wody w obu jest różny o około 4 metry. Takie właśnie śluzy i pochylnie czynią z Kanału Elbląskiego unikalny w skali światowej zabytek, a 150 lat codziennej pracy tych urządzeń, z niewielkimi naprawami, robi spore wrażenie.

Jeśli dodać do tego, że przeprawiają one nie tylko kajaki, ale barki i statki bez prądu, a jedynie siłami natury, wrażenie rośnie jeszcze mocniej.

Podczas wspólnego, podsumowującego obiadu wiele było uśmiechów, ale na wielu twarzach widać było smutek, że to już koniec, że zaraz wracamy do domów. W tym momencie nie było ważne, że boli, że piecze, że włosy tłuste, że pokąsały nas komary, że ciepłej wody nikt nie poczuł od trzech dni, że budziliśmy się w deszczowych kałużach, że w dzień za ciepło, a w nocy za zimno...

Myślę, że wielu ucieszyła deklaracja Organizatorów, że za rok zrobią spływ w przeciwnym kierunku i wszyscy, którzy dotarli na metę, dostaną zaproszenie.

Popłyniemy?

Wyszukiwarka

Free business joomla templates